RSS
niedziela, 04 kwietnia 2010
Chopin powa¿ny i niepowa¿ny

Kiedy og³aszano obecny rok, rokiem szopenowskim, mo¿na siê by³o spodziewaæ, ¿e po¶ród rozmaitych inicjatyw kulturalnych pojawi siê sporo ciekawych propozycji ze strony ¶rodowiska folkowego. My¶l ta by³a uzasadniona, poniewa¿ sporo ciekawych nawi±zañ do muzyki Chopina pojawia³o siê ju¿ wcze¶niej, bynajmniej nie pod wp³ywem zachêt finansowych ze strony Ministerstwa Kultury. Warto tu przypomnieæ choæby chopinowskie inspiracje Kwartetu Jorgi, Zespo³u Polskiego czy niedawn± „Fryderykatê” grupy Sarakina. W tym roku z oczywistych wzglêdów tych nawi±zañ jest znacznie wiêcej, s± one te¿ bardziej ró¿norodne i spektakularne. Warto wiêc do rachunku zysków i strat propagowania Chopina dopisaæ wej¶cie do szerszego obiegu kilku nazw i nazwisk w³a¶nie z nurtu muzyki tradycyjnej.

Jedn± z ciekawszych propozycji z tego nurtu jest p³yta „Chopin na 5 kontynentach”. Ze wzglêdu na medialn± atrakcyjno¶æ tego przedsiêwziêcia, album doczeka³ siê ju¿ kilku recenzji. Wiêkszo¶æ z nich ukazuje p³ytê Marii Pomianowskiej jako chopinowski gad¿et, czy (za „Rzeczpospolit±”) „egzotyczn± pozytywkê”, która nie wnosi zbyt wiele w sposób postrzegania Chopina, za to pozwala spêdziæ kilka mi³ych chwil przy ciekawej, niezobowi±zuj±cej muzyce. Trochê w tym prawdy, ale zupe³nie inaczej postrzega siê tê p³ytê, je¶li jest siê, jak ja, sympatykiem sceny folkowej.

Przez p³ytê przewija siê kilkudziesiêciu muzyków, w tym reprezentanci cenionych formacji, jak Mosaic czy Gadaj±ca Tykwa. Tak¿e osoba autorki projektu zadecydowanie potwierdza klasê projektu. Mo¿na wiêc powiedzieæ, ¿e „Chopin na 5 kontynentach” to folkowa superprodukcja, a chyba ka¿dy folkowiec znajdzie na tym albumie co najmniej jedno nazwisko artysty, którego ceni bardzo wysoko.

Ocena p³yty nie mo¿e jednak koñczyæ siê na analizie „listy p³ac”. S³uchaj±c muzyki na niej zawartej, przyj±³em za³o¿enie, ¿e to rodzaj muzycznego ¿artu i zabawy konwencj± ni¿ jaka¶ próba powa¿nego eksperymentu muzykologicznego. W tym przekonaniu utwierdzi³ mnie pierwszy utwór „Chopin na dzikim zachodzie”, którego tytu³ brzmi ¿artobliwie (czy tylko ja mam ochotê podstawiæ w miejsce Chopina Bolka i Lolka? ;) ), a muzyka bardziej ni¿ do muzyki tradycyjnej odwo³uje siê do muzyki filmowej ze klasycznych westernów. Ta atmosfera niewinnej zabawy powraca w szczególno¶ci w „Chopinie na Syberii” czy koñcz±cym p³ytê „Chopinie na Mazowszu”. No i ta ok³adka, na której Fryderyk wygl±da jak rezerwowy muzyk grupy Yerba Mater. ;)

Problemem p³yty jest to, ¿e czasem ten nastrój ¿artu gdzie¶ ginie, robi siê powa¿nie, czasem zamiast dystansu mamy grub± warstwê lukru. Takie wra¿enie mia³em np. s³uchaj±c „Chopina w Indiach” czy „Chopina w Brazylii”, które niebezpiecznie zbli¿aj± siê w stronê przes³odzonego etno-smoothjazzu. S± jednak na p³ycie tak¿e momenty znakomite, choæby flamenco Micha³a Czchowskiego czy monumentalny fina³ „Chopina w Arabii” (wyra¼ny wp³yw muzyków grupy Mosaic - pod linkiem trochê inna wersja ni¿ na p³ycie). Có¿, mieszane uczucia przy takiej ró¿norodno¶ci i doborze muzyków by³y nieuniknione. Mimo wymienionych zastrze¿eñ, s³ucham tej p³yty od kilku tygodni, i choæ czasem odruchowo przewijam niektóre momenty, ci±gle chcê do niej wracaæ. To chyba najlepsza rekomendacja.

O ile „Chopin na 5 kontynentach” to beztroska zabawa konwencj±, bez wiêkszych etnomuzykologicznych pretensji (choæ bior±cym udzia³ w sesji muzykom nie da siê zarzuciæ dyletanctwa w tej dziedzinie), to przygotowany przez Janusza Prusinowskiego i Stowarzyszenie Dom Tañca festiwal „Wszystkie mazurki ¶wiata” ma ju¿ bardzo mocne ¼ród³owe pod³o¿e. Kto mia³ w rêkach wk³adkê debiutanckiej p³yty Trio Janusza Prusinowskiego, ten pamiêta na pewno zamieszczony tam tekst Andrzeja Bieñkowskiego przywo³uj±cego mazurki Chopina jako kontrapunkt do mazurków tradycyjnych, wziêtych wprost od ostatnich wiejskich muzykantów. Podczas festiwalu równie¿ dojdzie do konfrontacji tych dwóch muzycznych ¶wiatów, ale zamiast przeciwieñstwa akcentowane bêdzie to co wspólne – ci±g³o¶æ i kontynuacja. Jak pisz± organizatorzy:
Na pocz±tku XXI wieku, muzyka wyros³a na gruncie polskiej tradycji tworzy kolorow± uk³adankê, która mo¿e siê po³±czyæ w ca³o¶æ, gdy podczas jednego koncertu zagraj± obok siebie: muzyk klasyczny, kapela wiejska i muzyk jazzowy. Gdy zespo³y z ró¿nych stron ¶wiata przywioz± d¼wiêki swoje – a nam bliskie, jakby sk±d¶ znane. Gdy polonezy, mazurki i sto innych pokrewnych tañców bêdzie mo¿na rzeczywi¶cie zatañczyæ!


No w³a¶nie… Byæ mo¿e „Wszystkie Mazurki ¦wiata” stan± siê okazj±, aby pokazaæ szerszej publiczno¶ci te wszystkie wspania³e rzeczy, które dziej± siê podczas spotkañ z muzyk± tradycyjn± organizowanych przez Dom Tañca i inne podobne grupy pasjonatów z ró¿nych czê¶ci Polski. Warto te¿ przypomnieæ historiê ubieg³orocznego festiwalu tradycji i awangardy „Kody” w Lublinie. Na scenie pojawi³y siê tuzy muzyki wspó³czesnej, niezale¿nego jazzu, a i tak najwiêksz± furorê zrobi³ skrzypek Jan Gaca, który nie do¶æ ¿e zdecydowanie wygra³ bitwê na skrzypce i laptopy, to jeszcze zadziwi³ recenzentów finezj± gry i witalno¶ci±. Czy przy okazji „Mazurków” dojdzie do podobnych sytuacji? S±dzê, ¿e tak.

Zamiast streszczaæ obszerny i wielow±tkowy program festiwalu, odsy³am na stronê oficjaln± i do imponuj±cej listy nazwisk wykonawców. Impreza zaczyna siê praktycznie ju¿. Mnie niestety na niej nie bêdzie, liczê jednak ¿e w najbli¿szych tygodniach pojawi siê jeszcze okazja aby zatañczyæ mazurka. Niekoniecznie chopinowskiego…



21:11, maciejlata
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 lutego 2010
Etnolektury

Dzisiaj nietypowo: zamiast o p³ytach bêdzie o ksi±¿kach. Ju¿ w jednym z pierwszych wpisów po¶wiêci³em parê zdañ tym, którzy ciekawie pisz± o muzyce i okolicach. Dzi¶ wracam do tej tradycji. Poni¿ej zamieszczam krótkie recenzje po¶wiêcone kulturze i muzyce tradycyjnej, jednak w zupe³nie ró¿nych aspektach. My¶lê, ¿e nie jest to ostatni tekst "ksi±zkowy" w najbli¿szym czasie.

Piotr Grochowski "Dziady. Rzecz o wêdrownych ¿ebrakach i ich pie¶niach", Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Miko³aja Kopernika

O „Dziadach” Piotra Grochowskiego wspomina³em ju¿ bodaj¿e dwukrotnie, wiêc najwy¿sza pora napisaæ co¶ wiêcej o tej arcyciekawej ksi±¿ce. Obyczaje i pie¶ni dziadów to temat trudny dla badacza. Autor uczciwie wymienia zreszt± wszelki trudno¶ci, które napotka³ podczas prac nad ksi±¿k±. Po pierwsze opisywane ¶rodowisko nigdy nie stanowi³o monolitu i by³o bardziej zbiorem indywidualistów ni¿ jednolita spo³eczno¶ci±, której mo¿naby przypisaæ okre¶lone cechy. Po drugie, dziadowie wêdrowni budzili skrajne emocje w¶ród osób, które mia³y z nimi styczno¶æ, st±d wiele materia³ów ¼ród³owych cechuje brak obiektywizmu (czê¶æ przywo³ywanych tekstów historycznych stanowi± pamflety). Po trzecie, sprawê skomplikowali bardziej wspó³cze¶ni badacze, którzy zabieraj±c siê za opis obyczajów i pie¶ni dziadowskich tworzyli do¶æ dziwne typologie a tak¿e ulegali romantycznej mitologii dziadowskiej.

Przywo³ywane problemy mog± wrêcz zniechêcaæ badacza do zajêcia siê tematem. Tymczasem Piotrowi Grochowskiemu uda³o siê te problemy przekuæ w sukces ksi±¿ki. Kluczem do tego sukcesu by³o przeniesienie ciê¿aru z perspektywy historyczno-literaturoznawczej na antropologiczn±. Pierwsza czê¶æ ksi±¿ki uk³ada siê w do¶æ interesuj±cy obraz zmian, jakim podlega³ wizerunek dziada w kulturze wraz ze zmianami spo³ecznymi.

Na samym pocz±tku mamy nakre¶lony wizerunek dziada w zamkniêtej spo³eczno¶ci wiejskiej. Wizerunek ten mo¿na okre¶liæ jako mieszaninê strachu, szacunku i fascynacji. Samo okre¶lenie dziad, dzi¶ jednoznacznie negatywne, niegdy¶ mia³o znaczenie magiczno-rytualne i wi±za³o siê z mediacyjn± rol± wêdrowca jako osoby nie do koñca z tego ¶wiata. Kolejne strony ksi±¿ki przynosz± informacje o zmianie tego wizerunku. Wraz z rozwojem kultury mieszczañskiej, ¿ebractwo traktowane by³o z coraz wiêksz± podejrzliwo¶ci± i pogard±. Z dzisiejszej perspektywy taka zmiana postrzegania dziadów wydaje siê racjonalna, tymczasem Grochowski dowodzi, ¿e negatywny obraz dziada równie¿ wynika³ z przes³anek bardzo irracjonalnych, a mianowicie z prze¶wiadczenia, ¿e los ¿ebraczy jest kar± za pope³nione grzechy. Dalej przywo³uje jeszcze poetów i folklorystów czasów romantyzmu, którzy idealizowali postaæ dziada, przypisuj±c mu role, jakich w rzeczywisto¶ci raczej nie pe³ni³. W efekcie ksi±¿ka staje siê przegl±dem ludzkich postaw wobec inno¶ci i „bliskiej egzotyki”, a te pe³ne by³y skrajno¶ci, uogólnieñ i my¶lenia ¿yczeniowego.

W dalszej czê¶ci autor analizuje teksty pie¶ni dziadowskich koncentruj±c siê zarówno na tre¶ci jak i formie. Na koniec dostajemy bogaty wybór tekstów pie¶ni dziadowskich pogrupowanych tematycznie i poprzedzone krótkimi opisami okre¶laj±cymi w przybli¿eniu ich wiek i pochodzenie.

Je¶li mia³bym wymieniaæ zastrze¿enia co do ksi±¿ki, wspomnia³bym o dwóch rzeczach. Po pierwsze, autor do¶æ zdawkowo potraktowa³ interesuj±cy temat lirników, odsy³aj±c przy tym do trudno dostêpnych w Polsce ¼róde³. Po drugie, zabrak³o mi szerszej refleksji na temat funkcjonowania spu¶cizny dziadowskiej w dzisiejszej kulturze. Owszem, mamy do¶æ szczegó³owe opisy praktykowanych do dzi¶ obrzêdów maj±cych ¼ród³a jeszcze w tradycyjnym, magicznym pojmowaniu funkcji dziada, ale ju¿ kwestii przys³ów i powiedzeñ ze s³owem „dziad” czy obecno¶ci poetyki pie¶ni dziadowskiej w tabloidach autor po¶wiêci³ ledwie parê zdañ. Zabrak³o mi te¿ choæby wzmianki o ¶wiadomych nawi±zaniach do muzyki dziadów we wspó³czesnej popkulturze. Niemniej s± to tylko drobne braki, które pokazuj± tylko jak ciekawy jest podjêty przez Grochowskiego temat i jak wiele pytañ rodzi siê po lekturze ksi±¿ki, któr± oczywi¶cie gor±co polecam.

Andrzej Bieñkowski "1000 kilometrów muzyki. Warszawa - Kijów", Muzyka Odnaleziona

Andrzej Bieñkowski to cz³owiek, który dla popularyzacji polskiej muzyki tradycyjnej zrobi³ wiêcej ni¿ niejedna instytucja. A¿ siê dziwiê, ¿e nie po¶wiêci³em dot±d wiêkszego tekstu ¿adnemu z jego dotychczasowych wydawnictw (zainteresowanych odsy³am na blog Piotra Piegata, który opisa³ wiêkszo¶æ z jego ksi±¿kop³yt z serii „Muzyka odnaleziona”). Z koñcem zesz³ego roku w ksiêgarniach pojawi³ siê sporych rozmiarów album dokumentuj±cy wyprawy terenowe prowadzone przez autora w ci±gu ostatnich 10 lat.

Ksi±¿ka sk³ada siê z dwóch czê¶ci. Pierwsza to krótki esej bêd±cy zbiorem przemy¶leñ dotycz±cych obecno¶ci tradycyjnej kultury wiejskiej w dzisiejszym rzeczywisto¶ci. Druga czê¶æ – „Zeszyty etnograficzne” to zbiór lu¼nych zapisków sporz±dzanych na bie¿±co. Obie czê¶ci wi±¿± siê ze sob± – o ile w „zeszytach” autor skupia siê na faktach i dokumentowaniu ulotnych wra¿eñ, to pocz±tek ksi±¿ki stanowi ich syntezê i zbiór nasuwaj±cych siê wniosków, ale te¿ pytañ i w±tpliwo¶ci.

W „1000 kilometrach…” powracaj± bohaterowie i w±tki znani z poprzednich ksi±¿ek Bieñkowskiego. Tak jak w „Ostatnich wiejskich muzykantach” i „Sprzedanej muzyce” odwiedzamy domy muzykantów, poznajemy wiejskich outsiderów, obserwujemy próby wskrzeszania dawnych weselnych sk³adów, namawiania do gry muzyków, którzy ju¿ od wielu lat nie siêgali po instrumenty, przeplatane jest to opowie¶ciami starych ludzi o dawnych obyczajach. Tak jak poprzednio wiêcej ni¿ samej muzyce czytamy tu o ludziach i ich losach. Nowo¶ci± jest silnie wyeksponowany w±tek ukraiñski – autor od kilku lat prowadzi badania terenowe tak¿e za wschodni± granic±. Efektem tych wypraw jest nie tylko zestaw barwnych opowie¶ci o spotkaniach z muzykantami i (g³ównie) ¶piewaczkami, ale tak¿e refleksja o roli granicy oddzielaj±cej dwie zupe³nie ró¿ne tradycje muzyczne. Ciekawe s± te¿ uwagi na temat podobieñstw i ró¿nic miêdzy procesami, którym podlega folklor muzyczny w Polsce i na Ukrainie. Pozornie wydaje siê, ¿e na Ukrainie proces degradacji kultury tradycyjnej przebiega mniej dotkliwie, jednak po pewnym czasie wspólnie z autorem dochodzimy do wniosku, ¿e jest to tylko opó¼nienie nieuniknionego.

Czytaj±c ksi±¿kê mia³em wra¿enie, ¿e jest ona do¶æ pesymistyczna. Ju¿ wstêp pe³en jest oskar¿eñ wobec dzia³aczy kultury, czy odbiorców lekcewa¿±cych dziedzictwo muzyki wiejskiej, a w notesach z czasem przybywa adnotacji w stylu "by³o to moje ostatnie spotkanie z x". Ten pesymizm na pewno ró¿ni „1000 kilometrów…” od poprzednich ksi±¿ek autora, w których dominowa³o ciep³o pogodnej anegdoty. Na zakoñczenie mamy co prawda barwn± opowie¶æ o potañcówce w Potworowie, podczas której ponownie uda³o siê zainteresowaæ lokaln± spo³eczno¶æ muzyk± wiejsk± (czego efektem by³a m.in. próba kradzie¿y egzemplarza ksi±¿ki Bieñkowskiego przez lokalnych pijaczków). Mimo to w g³owie zostaje sporo obrazków muzykantów, którzy ju¿ nie graj±, bo nie mog± utrzymaæ skrzypiec albo boj± siê szyderstw ze strony rodziny i s±siadów. Z ka¿da stron± autor daje do zrozumienia, ¿e liczba ¿yj±cych muzykantów dramatycznie siê kurczy i jest w tym jaki¶ smutek, ¿e tak wielu z nich nie uda³o siê poznaæ, nagraæ.

Nie mo¿na nie wspomnieæ o szacie graficznej ksi±¿ki, która jest imponuj±ca, choæ nieco kontrowersyjna. Strony zdobi± barwne, klimatyczne zdjêcia muzykantów oraz reprodukcje starych fotografii. Wszystko jest trochê niepouk³adane i chaotyczne, co w sumie wspó³gra z konstrukcj± tekstu a tak¿e z tre¶ci± (np. ze zdawkow± form± zapisków z „Notesów…”). Zastrze¿enia mam tylko do dziwnych czcionek, które czasem utrudniaj± czytanie, ale w sumie oprawê ksi±¿ki oceniam bardzo pozytywnie. Do tego dochodzi jeszcze do³±czona p³yta CD z nagraniami terenowymi, która mo¿e byæ dobrym wstêpem do poznawania wcze¶niejszych wydawnictw z serii Muzyka odnaleziona”.

22:01, maciejlata
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 lutego 2010
Ba¶ñ o Roztoczu

Kilka tygodni temu ukaza³a siê kolejna p³yta ze znakomitej serii In Crudo firmowanej przez Warszawski Dom Tañca. „Spod niebieskiej góry” zawiera nagrania folkloru roztoczañskiego bêd±ce efektem etnograficznych wypraw muzyków zwi±zanych ze scen± muzyki tradycyjnej oraz zarejestrowane podczas Taboru Lubelskiego, który odby³ siê w 2006 roku w Kocudzy. Profesor Piotr Dahlig w zamieszczonej we wk³adce recenzji podkre¶la walor poznawczy tego wydawnictwa pisz±c, ¿e antologia pokazuje wszystko to, co w ludowej praktyce muzycznej tych stron kraju jest tradycyjne. Warto jednak spojrzeæ na t± p³ytê nie tylko jako na d¼wiêkow± encyklopediê muzyki roztoczañskiej, ale tak¿e jako na bardzo osobist± wypowied¼ jej twórcy – Remigiusza Hanaja..

Przede wszystkim warto podkre¶liæ, ¿e p³yta ma swoj± dramaturgiê. Klamr± albumu s± dwie ulotne melodie zagrane na harmonijce ustnej, a szkielet kompozycyjny stanowi± opowie¶ci znakomitego skrzypka i ludowego filozofa muzyki – Stanis³awa G³aza. Pierwsze utwory s± kameralne i oszczêdne, stopniowo jednak pojawiaj± siê nagrania coraz „gê¶ciejsze”, grane w wiêkszym sk³adzie, coraz czê¶ciej muzykantom towarzysz± m³odzi uczniowie, a w tle s³ychaæ odg³osy tañca i zabawy. Kulminacj± jest tu przedostatnie nagranie – „Polka ¯ydówka” zagrana przez orkiestrê taboru pod wodz± Stanis³awa G³aza, która dobrze oddaje ¿ywio³ spontanicznej zabawy przy muzyce na ¿ywo.

Patrz±c na listê wystêpuj±cych na p³ycie wykonawców znajdziemy mnóstwo nazwisk muzykantów znanych z wystêpów na imprezach organizowanych np. przez Dom Tañca. Oprócz wspomnianego G³aza mamy m.in. Bronis³awa Bidê, Stanis³awa Fija³kowskiego czy Kapelê Dudków. P³yta wydaje siê byæ nie zbiorem mazurków, polek czy pie¶ni, ale muzyczn± galeri± barwnych postaci spotkanych na roztoczañskich szlakach. To próba uchwycenia i u³o¿enia w sentymentaln± opowie¶æ wspomnieñ z wêdrówek i spotkañ. Ten osobisty stosunek do wykonawców podkre¶la tekst z wk³adki pe³en wspomnieñ i anegdot. Wspomniana wy¿ej dramaturgia p³yty sprawia, ¿e album staje siê kronik± tych spotkañ, od przys³uchiwania siê, wzajemnego poznawania a¿ po spontaniczn± zabawê i wspólne granie. Ostatnia opowie¶æ G³aza traktuje o przyja¼ni wywi±zuj±cej siê miêdzy graj±cymi, a tu¿ po niej nastêpuje wspominany wystêp taborowej kapeli. Album koñczy wspólny ¶miech harmonijkarza i jego s³uchaczy.

Ciekawe pole do interpretacji otwiera szata graficzna p³yty. Wzory z drukowanych p³ócien bi³gorajskich momentami uk³adaj± siê co¶ w rodzaju mapy, przypominaj±cej trochê mapy magicznych krain z dzieciêcych bajek. Odbieram to jak mrugniêcie okiem do s³uchacza, zaproszenie do wys³uchania muzycznej ba¶ni o Roztoczu jako bajkowej krainie, gdzie ¿ycie toczy siê innym torem, ludzie s± trochê lepsi i nawet pies szczeka do rytmu. Oczywi¶cie wiemy, ¿e to tylko barwna opowie¶æ, tworzenie roztoczañskiego mitu, ale po w³o¿eniu p³yty do odtwarzacza mo¿emy na moment o tym zapomnieæ i wyobraziæ sobie lepszy ¶wiat „spod niebieskiej góry”.

22:34, maciejlata
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 31 stycznia 2010
Pustki w g³owie

W pi±tek wybra³em siê na koncert zespo³u Pustki w Tarnowskim Centrum Kultury. Poszed³em z ciekawo¶ci i sentymentu. Ciekawo¶æ wynika³a stad, ¿e jeszcze pustek na ¿ywo nie widzia³em, a sentyment to pamiêæ o pierwszym albumie grupy, który by³ jednym z pierwszych moich odkryæ w temacie polskiej muzyce niezale¿nej. Od pierwszego kr±¿ka zmieni³o siê wiele, nie ukrywam, ¿e choæ Pustki bardzo lubiê, to trochê têskniê za tym gara¿owo-eksperymentalnym okresem w historii grupy. No ale koncert zrobi³ na mnie bardzo du¿e wra¿enie. Ba³em siê, ¿e muzycy ogranicz± siê do wiernego odtworzenia materia³u z p³yt, tymczasem pozwolili sobie na wiêcej – trochê eksperymentów, jakie¶ space’owe wycieczki, przyjemny dla ucha ha³as, improwizacje, na pocz±tku wkradaj±ce siê niepozornie do dobrze znanych piosenek, a z czasem wype³niaj±ce je coraz bardziej. Nie ginê³a przy tym przebojowo¶æ – muzycy jako¶ fajnie potrafili to wszystko razem po³±czyæ.

Potrafili te¿ budowaæ napiêcie, ¶wietnie ³apali kontakt z publiczno¶ci±. Widaæ i s³ychaæ, ¿e to koncertowi wyjadacze (bêdzie chyba z 10 lat na scenie). Basia Wroñska jest ¶wietn± frontmenk± – jej wersja singlowej „Niodwagi” brzmi znacznie lepiej ni¿ ta znana z radia z wokalem Artura Rojka. Basia wprowadza te¿ trochê zabaw plastikowym syntezatorowym retro-electro, ale nie za du¿o, w sam raz. W ogóle fajne w Pustkach jest to, ¿e s± wyluzowani, nie uderzy³a im chyba do g³ów sodówa po tych wszystkich pochwa³ach w opiniotwórczych pismach, ci±gle zachowuj± urok m³odej kapeli. Naprawdê ¶wietne wra¿enie! (Mieszane odczucia mia³em tylko, kiedy zespó³ zagra³ „Parzyde³ko”. Zachêcanie publiczno¶ci do wspólnego ¶piewania tekstu „Nie chcê teraz wiosny” przy obecnej aurze jest co najmniej perwersyjne;) ).

Wychodz±c zahaczy³em o stoisko p³ytowe, na którym zakupi³em wspomnian± ju¿ pierwsz± p³ytê „Studio Pustki”. Mam ten album w wersji kasetowej i szczerze mówi±c nie mam go za bardzo jak s³uchaæ. Od¶wie¿am sobie w³a¶nie brzmienie Pustek sprzed ok. 10 lat i jestem pod du¿ym wra¿eniem tego, jak ¶wietnie ten kr±¿ek znosi próbê czasu. To zupe³nie inne Pustki, w innym sk³adzie, z innym repertuarem i instrumentami, ale s³uchaj±c „Studia…” mo¿na odkryæ ¼ród³a obecnego brzmienia grupy (zw³aszcza tego koncertowego). To nasuwa refleksjê – jak wa¿na jest dla ka¿dego zespo³u praca nad stylem i brzmieniem. Czêsto trafia³em w sieci na biadolenie podobnych mi fanów starego brzmienia Pustek, ¿e zespó³ odszed³ od eksperymentów zakorzenionych w gara¿owym roku, ¿e siê „sprzeda³” i takie tam. Ja my¶lê, ¿e mo¿e i szkoda tych starych Pustek, ale gdyby ich nie by³o, to dzi¶ nie by³oby jednej z najciekawszych grup alternatywnego pop-rocka.

17:16, maciejlata
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 stycznia 2010
O Cukunft, Muzykantach i zamarzniêtej rurze

Sprawdzi³o siê polskie porzekad³o, ¿e nieszczê¶cia chodz± parami. Awaria pieca izamarzniêta rura przy temperaturze -20 stopni sama w sobie jest mocno hardkorow± sytuacj±, ale kiedy zdarza siê to dzieñ przed d³ugo wyczekiwanym koncertem to ju¿ naprawdê cz³owiek mo¿e siê za³amaæ. Awariê szybko uda³o siê naprawiæ, a dom dogrzaæ, ale wyjazdu na Karnawa³ Dziadowski w £a¼ni Nowej uskuteczniæ siê nie da³o. Tak wiêc Muzykanci musieli reaktywowaæ siê beze mnie ;). Po relacjê za¶ odsy³am na przyk³ad tu. Oj, jest czego ¿a³owaæ.

Ostatnio obieca³em tekst o zespole Cukunft. Proszê bardzo – jest poni¿ej, chocia¿ nie jestem z niego do koñca zadowolony. Jako¶ ostatnio mam tendencjê do zaczynania tekstów i niekoñczenia ich („a, jeszcze mo¿e co¶ poprawiê, jak trochê przele¿y”). W efekcie zwykle takie niedokoñczone teksty zalegaj± u mnie na dysku, a potem je kasujê. Trzeba to przeci±æ. W koñcu to tylko blog, a nie wysokonak³adowy tygodnik ;). Jako uzupe³nienie do tekstu o Cukunft polecam zapis poniedzia³kowego Klubu Trójki (mp3 do ¶ci±gniêcia) z udzia³em Rafaela Rogiñskiego. Rafael ciekawie opowiada i otwiera sporo nowych furtek do interpretacji swojej muzyki. Szczególnie ciekawe s± jego przemy¶lenia zwi±zane z p³yt± „Bach Bleach”. Krótko mówi±c – teraz ju¿ rozumiem, dlaczego ta p³yta tak mi siê spodoba³a. A teraz o Cukunft:

Cukunft wymiata (i nastraja)!

Dzi¶, zgodnie z dan± niedawno obietnic±, kilka wspomnieñ z koncertu zespo³u Cukunft. Grupa wyst±pi³a w krakowskim Cheder Cafe w niedzielê 17 stycznia i trzeba przyznaæ, ¿e nie¼le mnie zaskoczy³a. Jad±c na koncert spodziewa³em siê kameralnych kontemplacyjnych improwizacji bazuj±cych na melodiach inspirowanych kultur± ¿ydowsk±. Tymczasem zespó³ wyszed³ na scenê i ju¿ na pocz±tku przy³o¿y³ z ca³ej si³y mocnym brzmieniem przesterowanej gitary, potê¿nym ³omotem perkusji i energiczn± petard± dwóch klarnetów. Tempo i poziom ha³asu utrzymali do koñca.

Program koncertu oparty by³ na tradycyjnej ¿ydowskiej muzyce tanecznej. Oczywi¶cie by³a to tylko baza do lu¼nych improwizacji, które choæ mocno oddala³y siê od tematu, niemal ca³y czas zachowywa³y ludyczny, ³obuzerski klimat. Na pierwszy plan wybijali siê dwaj klarneci¶ci – Micha³ Górczyñski i Pawe³ Szamburski. Ci go¶cie to diab³y – graj± z takim ogniem, ¿e po dwóch trzech utworach cz³owiek zastanawia siê sk±d oni bior± na to si³y. Ich wystêp by³ nie tylko energetyzuj±cy, ale te¿ ekspresyjny. Momentami mia³em wra¿anie, ¿e klarneci¶ci zaczn± tañczyæ pogo na scenie (oczywi¶cie nie przestaj±c graæ).

Szaleñstwa Górczyñskiego i Szamburskiego odwraca³y uwagê od si³y sprawczej ca³ego projektu, czyli Rafaela Rogiñskiego, który nic sobie nie robi±c z szalej±cego na cenie ognia siedzia³ skupiony, wpatrzony w gryf gitary. Jednak w rzeczywisto¶ci to on dyrygowa³ ca³ym tym chaosem i po uwa¿nej obserwacji zachowania muzyków da³o siê zauwa¿yæ, ¿e klarneci¶ci dostosowuj± swoj± grê w³a¶nie do jego partii. Jedynie w paru momentach Rogiñski zostawi³ pozwoli³ sobie na wyeksponowanie swoich partii gitary i trzeba przyznaæ, ¿e nie ma przesady w g³osach, ¿e to jeden z najoryginalniejszych gitarzystów w kraju.

Z koncertu wychodzi³em w nastroju euforycznym, co ostatnio rzadko mi siê zdarza. Cukunft to rzadki przypadek po³±czenia ¿ywio³u i wirtuozerii oraz ¶wietnego zgrania i komunikacji w zespole, choæ przecie¿ (a mo¿e w³a¶nie dlatego?) s± to muzycy, którzy wystêpuj± w bardzo ró¿nych i czêsto zmienianych sk³adach.

Tego wieczora skorzysta³em te¿ z okazji i zakupi³em przedpremierowo ¶wie¿utk± p³ytê zespo³u "Itstikeyt/Fargangenheit" (ju¿ jest do kupienia na Serpencie i w nowym sklepie Lado ABC). S± to dwa kr±¿ki, z których jeden zawiera zapis ubieg³orocznego koncertu z klubu Dragon w Poznaniu (bardzo zbli¿onego klimatem do tego, jak grupa aktualnie gra na koncertach), drugi za¶ stanowi sk³adankê nagrañ studyjnych z ró¿nych okresów, z ró¿nymi muzykami (m.in. Kossak, Kaliñski, Duda) i z ró¿nym repertuarem (pie¶ñ sefardyjska, piosenki Mordehaja Gebirtiga, utwór do s³ów wiersza Broniewskiego, kompozycje autorskie…). Na drugim kr±¿ku muzyka jest wyciszona i zdecydowanie wiêcej s³ychaæ (mniej przesterowanej) gitary Rogiñskiego. Kameralne utwory maj± sporo uroku, z jednej strony s± bardzo retro (w dobrym znaczeniu tego s³owa), mo¿na w nich znale¼æ echa przedwojennej piosenki, elegancjê, ulotno¶æ, a jednak niepozbawione jest to pewnej chropowato¶ci, która na pewno przypadnie do gustu zwolennikom bardziej awangardowych brzmieñ. Gra Rogiñskiego kojarzy mi siê momentami z partiami gitary Marka Ribota z piosenek Toma Waitsa. Najwiêcej s³ychaæ tu jednak w³asnych poszukiwañ muzyków, a punktem odniesienia dla nagrañ Cukunft s± g³ównie utwory macierzystych formacji muzyków bior±cych udzia³ w projekcie (np. Horny Trees).

Jak to wszystko wygl±da zebrane w ca³o¶æ? Pierwsza my¶l, która przechodzi przez g³owê po zapoznaniu siê z zawarto¶ci± kr±¿ka to lekkie rozczarowanie. Zamiast albumu z prawdziwego zdarzenia jaka¶ przypadkowa zbieranina starych nagrañ? Po chwili jednak przychodzi otrze¼wienie, które ka¿e o tym rozczarowaniu zapomnieæ. Po pierwsze: mimo pewnej chaotyczno¶ci materia³u, jest to jednak zbiór znakomitych utworów zagranych przez ¶wietnych instrumentalistów. Po drugie (i chyba najwa¿niejsze) taka w³a¶nie konstrukcja albumu lepiej obrazuje prawdê o zjawisku, jakim jest Cukunft. To w istocie bardziej przestrzeñ twórcza, do której zaproszeni s± improwizatorzy nie po to, aby pob³yszczeæ w ¶wietle uznanego talentu Rafaela, ale aby wnie¶æ co¶ od siebie i daæ siê wci±gn±æ w muzyczny dialog z tradycj±. A w tym dialogu pojawia siê sporo interesuj±cych pytañ, np. czy zelektryfikowany free jazz mo¿e przenosiæ podobne emocje jak ludowa muzyka weselna.

Ta atmosfera spotkania i muzycznego dialogu wyrazistych osobowo¶ci to wa¿ne zjawisko na polskiej scenie. Mamy w kraju wielu artystów inspiruj±cych siê tradycyjn± muzyk± ¿ydowsk±, wiêkszo¶æ z nich jednak nie chce lub nie potrafi odnale¼æ w³asnej drogi jej interpretacji. M³odzi neoklezerzy próbuj± byæ nowym kroke, nowym Cracow Klezmer Band, czy polskim odpowiednikiem jakiej¶ kapeli ze stajni Zorna. Dobrze by by³o, gdyby zaczêli oni na¶ladowaæ Cukunft. Nie chodzi mi jednak o kopiowanie repertuaru czy stylu – to jest niemo¿liwe ze wzglêdu na jego ulotno¶æ i p³ynno¶æ. Na¶ladowaæ Cukunft to nauczyæ siê szukaæ w³asnej ¶cie¿ki odczytywania i interpretowania tradycji.

Reasumuj±c: gor±co polecam p³ytê, polecam te¿ koncerty grupy, choæ przypuszczam, ¿e za parê miesiêcy Cukunft mo¿e byæ ju¿ zupe³nie innym zespo³em. Taki jego urok.

20:24, maciejlata
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13